Wielka zmiana o 180 stopni, czyli jakie są skutki zmiany szkoły dla dziecka z mutyzmem wybiórczym.

Moja córka o imieniu Julia, obecnie ma 8lat i zmaga się z mutyzmem wybiórczym odkąd pamiętam. Niestety zaczęłam być świadomym rodzicem dopiero, gdy Julia miała skończone 6 lat.

Julia poszła do kl‘’0’’ do szkoły, gdyż wówczas uważałam, że zmiana będzie dla niej lepsza. Dużo dzieci odchodziło z przedszkola do szkół, a mając córkę lękową chciałam, aby już w ‘’0’’ mogła zintegrować się z grupą dzieci, z którą byłam przekonana, że przejdzie do klasy I.

Oczywiście moja wiedze wówczas była na poziomie 0, choć problem widziałam i zaczęłam swoją przygodę z psychologami. Tak, dobrze przeczytaliście – liczba mnoga, gdyż chodziłam od psychologa do psychoterapeuty szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie ’’dlaczego moja córka nie rozmawia z osobami dorosłymi?” To było istne szaleństwo różnych terapii od zabawy w piasku po biofeedbecka… Mimo licznych zajęć nawet grupowych z dziećmi nieśmiałymi, czy teatr dla dzieci jąkających się i z mutyzmem wybiórczym efektów brak.

W kl ‘’0’’ córka z dziećmi świetnie funkcjonowała, a wychowawczyni odpowiadała na pytania. Wówczas faktycznie przez  moment uważałam, że może sobie coś uroiłam, jak twierdziła pewna pani psycholog – to ja mam zbyt duże wymagania i  aspiracje wobec mojego dziecka.

Koniec kl. ‘’0’’ przeczytałam z mężem artykuł, gdzie idealnie opis przedstawionego zaburzenia pasował do mojej córki- Hasło ‘’Mutyzm wybiórczy’’ wreszcie dało mi odpowiedź, co dolega mojej córce. Pojechałam na pierwsze szkolenie z logopedą i postanowiłam również zacząć działać w szkole.

W szkole okazało się, że aby Julia została w tej placówce musi przejść egzaminy sprawnościowe. Julia zdała egzaminy do klasy z gimnastyką artystyczną, jako jedna z 3ki dzieci ze swojej 0ki. Reszta musiała odejść. To był szok – znowu zmiana dzieci, jedynie wychowawczyni została ta sama, co mnie trochę uspokoiło. Uzgodniłam z Wychowawczynią, że pod koniec wakacji spotkamy się kilka razy, aby Julia łatwiej wróciła po wakacjach do szkoły. W temacie MW nadal raczkowałam i starałam się moją wiedzę przekazać wychowawczyni.

Odbyło się kilka spotkań, gdzie robiłyśmy drabinę. Teraz wiem, że było tam wiele błędów, ale wówczas wydawało mi się, że jakoś to idzie. Oczywiście po wakacjach zaczął się lęk speracyjny, każde odprowadzenie dziecka kończyło się potokiem łez. Od wychowawczyni, którą zapisałam na webinary do Ani Strzeleckiej (znalazłam grupę Internecie) usłyszałam, że nam pomoże, jak będę miała jakiś papier, nie może tak po prostu pomagać mojej córce.

Do tego Julia w szkole miała 10 godzin treningów gimnastyki artystycznej z Panią, która była dla mnie ‘’PSYCHICZNĄ TERRORYSTKĄ’’ i ciągle się na te dzieci ‘’darła’’. Zupełny brak zrozumienia, totalny ‘’Beton’’. Na pewno znacie takie typy…

Zrozpaczona widząc moje dziecko płaczące codziennie poszłam do Poradni z opinią od wychowawczyni i zaczęłam walkę o kształcenie specjalne, chodź usłyszałam, że nie mam na to szans.

Spotkałam się z Przewodniczącą Komisji przedstawiłam swój punkt widzenia- miała przed sobą obraz matki zrozpaczonej, poszukującej pomocy dla swojego dziecka.

Złożyłam wszelkie dokumenty i się udało. Dostałam KS na pierwszy rok. Niestety zalecenia dostałam tak ogólne, że złożyłam odwołanie do samych zaleceń. Znowu spotkanie z Przewodniczącą Komisji w Poradni i dokładne wypisanie na piśmie, czego oczekuje. Wygrałam!

Szczęśliwa pobiegłam do szkoły złożyć dokument i czekałam podekscytowana na spotkanie z nauczycielami w celu stworzenia IPET-u.

Spotkanie zwołane na 8.00 – stawiła się pedagog, wychowawczyni, trenerka i ja. Usłyszałam wiele słów, ogólnie, że córka sobie bardzo dobrze radzi, pedagog nie ma czasu na takie bzdury, że są dzieci bardziej zaburzone, że jest jeszcze 24 inne dzieci w klasie i że może powinnam córkę zabrać do szkoły specjalnej…. Wyszłam, a raczej wybiegłam ze spotkania zalewając się łzami. Oczywiście IPET, jaki łaskawie wychowawczyni napisała zawierał zajęcia kompensacyjne i spotkanie z psychologiem z poradni raz na dwa tygodnie.

W tym czasie zaczęłam już pracować w terenie z córką, zaczęłam też zapraszać dzieci z klasy. Zorganizowałam urodziny, halloween, gdzie zapraszaliśmy dzieciaki. Córka zaczęła sobie ‘’radzić’’. Na te okoliczności, co miało dziecko zrobić. Z dziećmi zaczęła się integrować, rano przestała płakać, a i treningi przestały być problem. Pomyślałam wówczas, może jakoś się to ułoży. Rok szkolny dobiegał końca, od wychowawczyni słyszałam, że Julka świetnie funkcjonuje: odpowiada na forum, czyta,  trenuje. Teraz, jak na to patrzę to stała się żołnierzykiem, który wykonywał zadania. Bo jakie miała inne wyjście. Ja cały czas pracowałam w terenie, dzieci zapraszałam, do tego słyszałam, że jest świetnie – to uwierzyłam w tą bajkę.

Wychowawczyni ogólnie mnie uspakajała, ale i unikała. Na wszelkie pomysły nawet założenie zeszytu korespondencyjnego usłyszałam, ze jak będzie coś się dziać to mi sama da znać.

Przyszły wakacje- praca w -terenie i liczne sukcesy. Rozpoczął się kolejny rok szkolny- klasa II.

O KS nie złożyłam, bo przecież szkoła i tak zaleceń nierealizowała.

 I jakie było moje zdziwienie (świadczące o mojej głupocie), że historia się powtórzyła- codzienny płacz Julii, że nie chce iść do szkoły. Codzienne histerie przed szkołą i po szkole. Teraz zamiast 10godzin moje dziecko miało 14godzin treningu. Moje dziecko wychodziło o 7.00 wracało przed 17.00.

Horror trwał…Coraz bardziej zaczęłam myśleć o zmianie szkoły. Zaczęłam do tej decyzji dojrzewać. Wówczas byłam już po szkoleniu u Maggie Johnson, miałam książkę ‘’Mutyzm wybiórczy. Kompedium Wiedzy’’, należałam do Fundacji, byłam na webinarach u Ani Strzeleckiej i wiedziałam, że albo biorę sprawy w swoje ręce, albo moje dziecko za parę lat wyląduje w szpitalu psychiatrycznym lub zwyczajnie coś sobie zrobi.

Apogeum było, gdy pewnego dnia pojechaliśmy na halę sportową, gdzie córka w poniedziałki zaczynała treningi, a Julia przed wejściem złożyła ręce, jak do modlitwy i powiedziała ‘’proszę zmień mi szkołę’’. Zapytałam, a co z koleżankami, wszystko będzie nowe…A Julia mamo ok, damy radę.

Zabrałam córkę do domu, a sama pojechałam prosto do szkoły, gdzie miałam informację od innej mamy, że w niej realizują KS, kadra przeszła szkolenie i Jej synowi z mutyzmem wybiórczym  pomagają.

Stanęłam przed Dyrektorem, jako walcząca matka i powiedziałam, że jest moją ostatnią deską ratunku, że wiem, że są wspaniałą szkołą, która jest w stanie pomóc mojemu dziecku, które nie ma już więcej siły być ‘’żołnierzykiem’’.

Jakie było Jego zdziwienie, że z małej, znanej szkoły sportowej, elitarnej, gdzie są tylko po dwie klasy chcę przenieść córkę do wielkiej szkoły, gdzie jest z każdego rocznika po  7klas.

Usłyszałam od Dyrektora najmądrzejszą odpowiedź, jaką mogłam tylko sobie wyobrazić. Powiedział, że nie może mi nic obiecać, ale porozmawia z kadrą i zapyta, który nauczyciel jest w stanie podjąć się pracy z moją córką i zrobi to chętnie.

 Umówiliśmy się, że da mi znać do końca tygodnia. Już po dwóch dniach miałam telefon, abym przyjechała porozmawiać z wychowawczynią, która ma w klasie chłopca z MW, która chce poznać moje oczekiwania.

 Poznałam ciepłą, osobę, która powiedziała wprost, że spróbuje. Ja obiecałam, że będę ją wspierać. Córka już od poniedziałku była w nowej szkole. Oczywiście teraz już wiedziałam krok po kroku, co mam robić. Najpierw byliśmy obejrzeć szkołę. Pierwszego dnia byłam z nią w klasie i prowadziłam zabawy integracyjne. Drugi dzień byłam pod klasą i tak kolejne trzy dni. Rozmawiałam w nauczycielami, byłam z córką najpierw sama na basenie szkolnym, później już z klasą.  Córka od roku chodziła na basen dodatkowy, dlatego świetnie sobie poradziła i nie odbiegała od rówieśników. Złożyłam dokumenty o KS, bez problemu dostałam na kolejne dwa lata. Zaczęłam pracę z koordynatorem, opracowaliśmy plan pracy z Julią. Zapraszałam nowe koleżanki do domu, pracowałam w terenie.

Obecnie zaczął się marzec, a koordynator prowadzi generalizację. Córka zgłasza się na lekcjach, bawi się z większością dzieci, chodzi na świetlice, na tańce dodatkowe w szkole z koleżankami i rano jest uśmiech, a nie łzy. Każdy problem rozwiązujemy na bieżąco, bo wychowawczyni nie traktuje mnie, jak intruza tylko, jak współpracownika i przewodnika.

Skutek zmiany szkoły to szczęśliwe dziecko!
Była to NAJLEPSZA DECYZJA W MOIM ŻYCIU!
Żałuje każdego dnia straconego, każdej wylanej łzy mojego dziecka i tego że łudziłam się, że jakoś to będzie, że Julia sobie radzi…
Ona cierpiała, a ja na to patrzyłam ze swojego tchórzostwa przed zmianą…

Magdalena Kobalczyk, mama Julia 8lat z MW

Łagodna Adaptacja- czyli jak zmieniłam bieg wydarzeń

Wakacje 2019. „Niedługo mój Pierworodny pójdzie do przedszkola. O mój Boże, jak ja to przeżyję? Będzie ciężko! Na pewno będzie ciężko! Będzie płakał, a ja nie dam rady go tam zostawić! „… – Tak brzmiał mój wewnętrzny głos, który tak naprawdę był mieszanką wielu komentarzy, wypowiadanych kiedyś przez osoby postronne,ale i mieszanką moich lęków. Że jak synek jest ze mną w domu do 3 roku życia, to ciężej mu będzie w przedszkolu. Tym bardziej, że jest wrażliwy. Synuś Mamusi.

Ja też czułam to wewnętrznie. Ale coś mi podpowadało, że musi być jakiś sposób, że adaptacja do przedszkola zależy od wielu czynników, ale przede wszystkim od przygotowania do zmiany. Ogromnej zmiany. Ale lęk i tak narastał.

Tak właśnie wyglądały moje ostatnie wakacje. Ogromny lęk. Postanowiłam coś z tym zrobić, żeby mną nie zawładnął. Poradziłam sobie na tamten moment najlepiej jak potrafiłam.

Zaczęłam od wiedzy. Czy jest jakiś inny sposób na adaptację? Żeby przebiegła łagodnie?
Kilka miesięcy wcześniej zakupiłam książkę Agnieszki Stein „Akcja Adaptacja”. Ale mój lęk kazał mi odkładać czytanie. Ból brzucha towarzyszył każdej myśli o tym, żeby zacząć od dziś… Dlatego zaczęłam unikać tematu, aż do momentu, w którym musiałam się tym zająć.

Sierpień. Bóle brzucha nasilały się przy każdym przeczytanym rozdziale, ale z drugiej strony pojawiała się alternatywa. To nie musi wyglądać tak, jak wygląda w wielu przedszkolach. Okazało się, że mam prawo przeprowadzić adaptację na swoich zasadach, jeśli placówka nie proponuje rodzicom łagodnej formy oswajania przedszkola. Zrozumiałam, że adaptacją mogę zarządzać ja. I nie oznaczało to wcale „przeszkadzania” Paniom w wykonaniu ich codziennej pracy.

Wertowałam Internet w poszukiwaniu rzetelnych artykułów, pisanych przez psychologów dziecięcych, specjalistów od self-reg. Znalazłam wiele ciekawych pozycji, dzięki którym mój ból brzucha delikatnie łagodniał. Nie wiedząc jeszcze wtedy o mutyzmie wybiórczym mojego Pierworodnego, małymi krokami rozpracowywałam lęki moje i dziecka.

Kiedy poczułam się w miarę pewnie w teorii, postanowiłam przejść do praktyki. Na spotkaniu z kadrą przedszkola poprosiłam o dzień adaptacyjny, aby dzieci mogły poznać salę, wejść tam z rodzicami, podotykać zabawek i zobaczyć swojego wychowawcę.

To był strzał w dziesiątkę. Synek po tych dwóch godzinach spędzonych w placówce stwierdził pierwszy raz, że chce chodzić do przedszkola.
Ufff. Jeden zero.

Przy każdej okazji robiliśmy zdjęcia okolicy, naszych wycieczek rowerowych i za radą Agnieszki Stein zrobiliśmy z nich „książkę” o naszym przedszkolu. Natrafiłam również na wspaniały kurs online o macierzyństwie, adaptacji i matczynych lękach. Że należy zacząć od siebie. Ten kurs otworzył mi oczy.
Zauważyłam pozytywne strony tej sytuacji. Że będę miała czas na kawę i zabawy z młodszym synkiem. Że będę mogła”odsapnąć”.

Początek września. Brzuch bolał nadal,ale czułam się przygotowana wzorowo. Na pamięć uczyłam się jeszcze 7 zdań, których można użyć, jeśli ktoś będzie próbował wyrwać mi dziecko z rąk. Zrobiłam notatki z książki, żeby móc do nich wracać w każdej chwili. Uprzedziłam też Panią, że będę siedziała w szatni, a Synek będzie zostawał w przedszkolu najpierw godzinę,później dwie. Że małymi krokami przez to przejdziemy. Bez dantejskich scen, które rozgrywają się na początku września w większości przedszkoli.

Synek poradził sobie wspaniale. Pomimo mutyzmu wybiórczego, czyli lęku przez mówieniem do osób spoza swojej strefy komfortu. Dał mi buziaka, „przytulaska”. I wszedł.

Na pewno było to ogromne wyzwanie, ale zaskoczył nas wszystkich swoją odwagą. Byłam dumna z niego, ale przede wszystkim byłam dumna z siebie. Że tak wspaniale się do tego przygotowałam,że przygotowałam dziecko. Zapewnialam go, że będę w szatni i tam byłam.

Mąż któregoś razu powiedział:”Przecież możesz wrócić do domu, nie zauważy”. Ale ja wiedziałam, że to kwestia zaufania. I nie mogę go zawieźć. Po tygodniu Synek sam zaproponował, żebym posiedziała w szatni 10 minut, a później mogę jechać do domu. Aż w końcu został zupełnie sam.

Adaptacja w naszym przypadku trwała około dwóch tygodni.
Przyznam szczerze, że do dziś mam ciarki na plecach, jak przypomnę sobie ten pierwszy dzień. Płacz za drzwiami, przerażenie, że to może być mój kochany, maleńki Synek. Rodzice, którzy zawstydzali dzieci i wbijali je w poczucie winy:”No miałeś przecież wejść! Mówiłeś że zostaniesz! Taki duży i płacze?!”. Nie mogłam tego słuchać… A wystarczyło zaakceptować emocje, nazwać je i zrozumieć, a także zapewnić o swoim wsparciu i powrocie. Albo usiąść w tej szatni jak ja.

Byłam jedyną mamą, która tak robiła. Czułam na sobie wzrok nauczycieli. Kiedyś usłyszałam nawet od jednego z nich, „A to trzeba tak siedzieć?”. „Tak, trzeba”- powiedziałam. Tak trzeba było postąpić.

Pomimo tego, że u mojego Syna po dwóch miesiącach pobytu w przedszkolu zdiagnozowano Mutyzm Wybiórczy, radzi sobie i idzie do przodu. Wiem, że pomogłam mu obniżyć ten lęk własnie na początku, podczas adaptacji. Że teraz, przy terapii małych kroków według Maggie Johnson, zbieramy tego plony, bo idzie nam bardzo dobrze. Ale to znowu moja praca, wiedza, ale i błędy.

I tak do końca świata 😉

Malwina W., Mama A.

Sliding in – jak go nie robić?

Jakiś czas temu trafiły w moje ręce materiały podesłane przez zaniepokojonego rodzica, potem o detale dopytywał zamartwiony brakiem postępów w terapii mutyzmu wybiórczego specjalista. Potem trafiły znowu.
Kiedy zobaczyłam to, co zobaczyłam trudno było mi powiedzieć coś więcej poza wiązanką przekleństw, które Wam oszczędzę. Rozpowszechnianie takich rzeczy powinno być karalne – zgodził sie ze mną inny specjalista. – to wprowadzanie w błąd i przedstawianie techniki „sliding in” w mało rzetelny sposób.

O co chodziło?

W skrótcie: TO NIE JEST OPIS SLIDING IN, ALE CZEGOŚ TAM!

Jak to możliwe?
Wyobraźmy sobie, że chcemy przygotować jakieś wyszukane ciasto lub inne danie. Korzystamy z przepisu, prawda? Bierzemy tyle i tyle mąki, cukru, jajek czy masła. Co jest ważne? Kolejność w jakiej dodajemy składniki, sposób mieszania (urabiamy ręką czy mikserem itd). Część składników ma mieć odpowiednią temperaturę, inne powinny być wcześniej przygotowane np. roztopione masło lub ubite białka.
Taki przepis na sliding in znajduje się w Handout 15 (nieformalny) oraz Handout 16 (formalny) w książce Maggie Johnson i Alison Wintgens „Mutyzm wybiórczy. Kompendium wiedzy” Wydawnictwa Harmonia Universalis.
Jest to przepis przygotowany przez autorytety w dziedzinie mutyzmu wybiórczego. Wiele razy sprawdzony i poprawiany przez ponad 30 lat praktyki.
Jest on bardzo prezyzyjny, ale wymaga uważności i dopasowania do warunków i możliwości dziecka. Autorki często proszą, aby przyśpieszać lub zwalniać zależnie od tego jak dobrze radzi sobie dziecko, czy głos jest mocny czy słabnie. Należy mieć wiedzę o obciążeniu komunikacyjnym, ośmiu etapach swobodnego mówienia oraz wielowymiarowym modelu swobodnego mówienia.

A jaki przepis dostał specjalista szkoleniu o mutyzmie wybióczym? Weź wszystko, wymieszaj i tyle. Jaka jest szansa na powodzenie? Bliska zeru pewnie…

No to może wyjaśnię te błędy, które miałam okazję zobaczyć. Odniosę się tylko do jednego akapitu, bo do reszty…
Sliding in został w notatkach ze szkolenia opisany kilkoma zdaniami bez podania bibliografii! Wow! Nie dziwię się, że po takim „przeszkoleniu” wszystko stoi w miejscu.

Na początku było tak:

„Wprowadzamy do klasy rodzica lub nauczyciela z którym dziecko nawiązało więź i swobodnie sie komunikuje”

To nigdy w życiu nie jest początkiem sliding-in. Zanim zaczniemy, dziecko musi być wprowadzone w temat, wyjaśnić trzeba mu zasady pracy oraz system rejestracji osiągniętych sukcesów (drabiny, tabelki, schodki, domki, rakiety). Chyba, że autorowi chodziło o sliding in nieformalny? Wtedy faktycznie nie trzeba ustalać jak zapisujemy cele. Jednak w takim przypadku dalszy opis jest jeszcze większym bublem.

Sliding in (formalny i nieformalny) to proces oswajania lęku dziecka początkowo z obecnością nowej osoby (stworzenie pomostu komunikacyjnego i przejście z etapu 3 do etapu czwartego swobodnego mówienia – dodam, że w notatkach, które widziałam 10 etapów pochodzi z nieaktualnej już pierwszej edycji wspomnianego wyżej podręcznika).

I na tym kończą się podobieństwa, dalej są już tylko różnice.

„W początkowym okresie nowa osoba znajduje się w takiej odległości od dziecka, aby to mogło nadal swobodnie się komunikować”

Nic bardziej błędnego. Ustalamy cel i zapisujemy go. Ustalamy dokładnie co dziecko będzie robić i gdzie bedzie znajdować się nowa, wprowadzana osoba. Zadania dla dziecka muszę być na niskim obciążeniu komunikacyjnym, czyli to nie ma być swobodna komunikacja z partnerem rozmowy!!!
Jeśli to miało być o nieformalnym to też źle. W Handout 15 jest to dokładnie opisane: rodzic i dziecko bawią się w zakątku lub odrębnym pomieszeniu w miejscu w którym nikt im nie przeszkadza. Drzwi mogą być lekko uchylone lub zamknięte. Jak dziecko czuje się komfortowo przechodzimy do kolejnego kroku. Jeśli drzwi będą zamknięte rodzic MUSI poinformować dziecko, że nauczycie wejdzie na chwilę po coś z biurka, ale nie bedzie im przeszkadzać. Jeśli po wejściu nauczyciela dziecko nadal mówi – może on zostać dłużej i zająć się np. układaniem papierów. Jeśli dziecko milknie – musi oddalić się.

„Stopniowo przybliża się do dziecka, ale tak by dziecko nadal czuło się komfortowo”

Teraz nie wiadomo o który sliding in chodzi. Jeśli nieformalny to prawie dobrze. Brakuje tylko detali, które są istotne (powyżej o części z nich wspomniałam). Jeśli to miałobyć o formalnym sliding in, to wszystko wygląda zupełnie inaczej i nie dziwi mnie, że to nie idzie.
W formalnym ważne jest to co robi dziecko (jakie ma zadania) i jak zmienia się położenie nauczyciela oraz moment w którym może dołączyć do wspólnego mówienia.
Powaznie – przeczytajcie handout 16 i zobaczycie, że ten opis to nic innego jak „wrzuć wszystkie składniki i wymieszaj”. Tak może wyjdą Wam naleśniki, ale nie biszkopt.

„taką samą drogę musi przejść koleżanka z klasy czy przedszkola”

Czyli jednak jest to misz-masz techniki formalnej i nieformalnej. W dodatku błędnie przedstawiony, bo dzieci wprowadzać można w trakcie nieco służszych sesji, oswajajać dziecko najpierw z jednym, potem z kolejnym dzieckiem (korzystając z dodatku A na płycie CD, pamiętająć, aby zaczynać od prostych gier i zabaw, ale dążyć do pełnej swobody). Starsze dzieci mogą być wprowadzane bardziej ustrukturyzowanymi krokami, ale ktoś z Was wyobraża sobie 5 latka – równieśnika, który zaczyna sliding in od stania za drzwiami? Ludzie!

A co robimy kiedy nasz dzielny 5 latek wchodzi zza drzwi?

„w międzyczasie proponujemy dziecku różne zabawy stopniując poziom trudności (od odpowiedzi niewerbalnych przez onomatopeje, sylaby, wyrazy, wyrażenia wreszcie zdania)”.

Niestety to nie jest opis sliding in, ale techniki zwanej modelowaniem. Coś sie komuś nie pierwszy raz pomyliło…. W modelowaniu nie bierze udziału osoba z którą dziecko rozmawia (np. rodzic, nauczyciel).

Dalej prawidłowo jest wskazane, aby kolejnym etapem było wprowadzanie kolejnych dzieci jednak nie dając odpowiedniej bibliografii to tak jakbysmy kazali ciasto wstawić do piekarnika, którego nie potrafimy obsługiwać i nie wiemy jak ustawić odpowiednią temperaturę. Szansa, że uda nam się odpowiednio ustawić jest znikoma…

No i tak – drogi rodzicu, nauczycielu, specjalisto!
Czy pieczesz ciasto, czy robisz sliding in formany lub nieformalny – MUSISZ korzystać z przepisu. Oczywiście jeśli jesteś już ekspertem możesz pozwalać sobie na modyfikacje i robienie „na oko”, ale kiedy zaczynasz – sięgnij po książkę Maggie Johnson i Alison Wintgens i pracuje prawidłowo, a nie byle jak.




9 seria webinariów

Webinar 1 z 6

„Mutyzm wybiórczy jako zaburzenie lękowe.”

Zapraszam wszystkich zainteresowanych kompleksowym szkoleniem dotyczącym mutyzmu wybiórczego.
Webinarium przeznaczone jest dla rodziców dzieci z mutyzmem wybiórczym, ale od kilku lat biorą w nim udział również nauczyciele, logopedzi i psycholodzy, którzy chcą zdobyć wiedzę o tym zaburzeniu./
Pierwsze webinarium jest bardzo wazne ponieważ zawiera istotne podstawy teoretyczne do dalszych rozważań. Aby pomóc dziecku pokonać mutyzm wybiórczy najpierw musimy dokładnie zrozumieć zaburzenie i dowiedzieć się jakie możliwości pomocy dziecku istnieją w przedszkolu i szkole. 

W tym webinarium dodatkowo przedstawię dokładnie procedury od diagnozy do otrzymania orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, opinii o wczesnym wspomaganiu rozwoju dziecka oraz opinii psychologiczno-pedagogicznej zgodnie z obowiązującymi rozporządzeniami.

Każdy uczestnik webinarium otrzyma certyfikat oraz dostęp do nagrania webinarium przez 7 dni.

Cała seria webinariów jest szkoleniem modułowym. Plan szkoleń jest tak przygotowany, że kolejne webinaria bazują na poprzednich dlatego najkorzystniej jest brać udział w całej serii w kolejności od pierwszego do ostatniego. Zostawiam jednak możliwość dołączenia do pojedynczych wydarzeń osobom, które chcą utrwalić, powtórzyć lub usystematyzować wiedzę.

Zapraszam na kolejne wydarzenia, które można śledzić na mojej stronie: http://annastrzelecka.clickmeeting.pl

Jak mnie widzą inni?

Przygotowałam dzisiaj taki rysunkowy żarcik, ale bardzo oddający to jak się czuję i jak widzą mnie inni.
Większość znajomych, pewnie nawet nie wie o tym jaką walkę musiałam stoczyć o to, aby moje dziecko mogło mówić bez lęku. Myślą, że jesteśmy taką zwyczajną rodziną.
W szkole zapewne widzą mnie jak ryczącą lwicę – w końcu nie raz musiałam „ryknąć”, aby zostać usłyszaną. Robiłam to mniej lub bardziej dyplomatycznie, ale zawsze skutecznie.
Sama widzę swoją waleczność i uważam się za matę – lwicę, która nie cofnie się przed niczym w obronie swoich dzieci.
Natomiast w rzeczywistości to co robię to przede wszystkim ogromne ilości czasu poświęcone na zdobywanie wiedzy – z Internetu i z książek. Kilka szkoleń i wiele rozmów z ludźmi z całego świata.
Jestem pewna, że wiele mam dzieci z MW mogłoby podpisać się pod tym postem i potwierdzić, że mają bardz podobne doświadczenia.
Myślę, że raczej nie ma innego wyjścia i tak trzeba działać. Trzeba zdobyć wiedzę, mieć odwagę lwicy, czasami ryknąć, nawet jeśli inni nie rozumieją, że zmagamy sie z ogromnym problemem naszego dziecka.
 
I tym akcentem witam Was w Nowym Roku 2018! Mam nadzieję, że będzie on dla Was i dla mnie pasmem sukcesów! A z porażek wyciągniemy odpowiednie wnioski na przyszłość.