Jak poradziłam sobie z trudną sytuacją, która dotknęła moje dziecko?

Wiemy o tym, że mutyzm wybiórczy i mutyzm traumatyczny to są dwa odmienne zaburzenia, które muszą być różnicowane w procesie diagnozy.

Mutyzm wybióczy – to zaburzenie lękowe,  lęk przed mówieniem i/lub byciem słyszanym, a nawet widzianym podczas mówienia.
Takie dziecko zachowuje się często bardzo głośno i radośnie w domu, natomiast jest milczące i wycofane tam gdzie odczuwa dyskomfort.

Mutyzm trumatyczny to jeden z OBJAWÓW występujący często wraz z innymi, które są częścią zespołu stresu pourazowego (uraz psychiczny lub fizyczny).
Brak mowy w tym przypadku występuje nagle, a ograniczenie mówienia jest w każdym środowisku, również domowym, często jest to całkowite milczenie, czasami może być również odmowa jedzenia i picia (wynikająca z dysocjacji, mechanizmu obronnego). Może współwystępować z depresją lub stanami depresyjnymi.

Czy oba te zaburzenia mogą występować u jednego dziecka? Zdecydowanie mogą i to na pewno skomplikuje prawidłową diagnozę (choć nie wiem czy prawdopodobieństwo tego jest jak trafienie 6 w totolotku?)

Mając niewielką świadomość dotyczącą traumy wiedziałam, ze trudnych wydarzeń nie wolno zamiatać pod dywan. Trzeba z dzieckiem je przegadać, przepracować i nie pozwolić, aby dziecko musiało przeżywać je samotnie. Albo, aby odczuwało, że jego lęk jest „głupi” czy „niewłaściwy”, bo „chłopaki nie płaczą”, albo „taka duża, nie może być beksą”.

Pamiętam dobrze dwa zdarzenia, które dla mojej córki były trudne: WYPADEK rowerzysty i ŚMIERĆ jej kota.

Zaczną od pierwszego wydarzenia.
Był rok 2015, byłam z dziećmi w Pile, u rodziców. Wracaliśmy z placu zabaw. M (wtedy 8 lat) chciała pobiec pierwsza i zadzwonić domofonem. Oddaliła się odemnie biegiem i nagle stanęła jak wryta, a ja zauważyłam leżącego tuż przed blokiem, w kałuży krwi rowarzystę.  Miałam ogromny dylemat jak postąpić. Jako ratownik medyczny czułam, ze powinnam pomóc, ale jako matka dziecka z MW – wiedziałam, ze muszę chronić moje dziecko przed takimi zdarzeniami. Podjęłam decyzję – nie mogę człowieka zostawić w potrzebie. Powiedziałam do M, aby zadzwoniła domofonem i poszła na górę z siostrami (które były ze mną i nie widziały detali, bo odwróciłam ich uwagę) powiedzieć babci, aby ona zeszła na dół z telefonem jeśli będzie trzeba wezwać pogotowie, a one mają zostać w domu.
Szczerze to już nie pamiętam detali tego co było dalej, ale na pewno dołączyła do nas sąsiadka z opatrunkami, rękawiczkami itd. Facet okazał się pijaczyną, z rozbitym łukiem brwiowym po upadku na rowerze po pijaku. Ale człowiek, to człowiek. Odmówił wzywania pogotowia, po chwili leżania wstał i pospacerował dalej już nie wsiadając na rower.

Co zrobiłam dalej?

Zadzwoniłam do męża i poprosiłam, aby wieczorem zadzwonił przez Skype i spytał dzieci jak minął dzień, a kiedy M zacznie mówić o tym wydarzeniu ma bez paniki dopytać o szczegóły i nie wyrażać się w stylu „o jej to straszne” tylko „super dzielna byłaś, ze zawołałaś babcię” itd.

Wieczorem tak było. Kiedy M zaczęła opowiadać o tym wydarzeniu byłam w totalnym szoku jakie detale zapamiętała. Tata zachował się na medal. Dopytywał i pochwaił postępowanie M.
Powiedziałam M, że pan na pewno poszedł do domu i teraz je kolację z rodziną, a rana się zagoi.  Wracałam do tego zdarzenia jeszcze kilka razy we wspomnieniach i dawałam upust ciekawości M, przechodziłam z nią w tamtym miejscy (a mogłam je omijać!). Wydaje mi się, ze zdarzenie nie zostawiło w niej urazu. Jej zachowanie nie zmieniło się i lęki nie wzrastały.

Drugie zdarzenie – ŚMIERĆ kota…
To był rok 2017. Ja byłam na małym urlopie w Grecji z koleżanką kiedy dostałam telefon od męża. „Coś się stało” – oznajmił jego głos. Moje serce zamarło. Oczami wyobraźni widziałam juz moje córki pod respiratorem…
„Nie chodzi o dzieci” – na pewno więc pożar domu lub rozwalone auto.
„Kot nie żyje…”
Mąż opowiedział co się stało – pies sąsiada a la owczarek niemiecki, latający luzem dorwał naszego kota i zagryzł na oczach dzieci. Na szczęście nie naszych dzieci, bo one były w domu. Po męża przyszedł sąsiad. Mąż schował martwego kota do bagażnika. Kiedy dzwonił do mnie dzieci jeszcze nie wiedziały co się stało.
Powiedziałam mu, aby zadzwonił do mnie jak wróci do domu i ja im powiem.
Mega trudne. Kiedy powiedziałam co się stało były słychać krzyki i płacz. Ja też płakałam…. Następnego dnia rano zadzwoniłam do szkoły i powiedziałam o tym zdarzeniu i prosiłam, aby pozwolili się M wygadać w tym temacie jeśli będzie chciała, aby nie udawali, ze nic się nie stało. Póżniej od nauczycielki dowiedziałam się, ze M płakała na lekcji i pozwolili jej wyjść do kaplicy się wyciszyć oraz porozmawiać o tym z panią wspierającą i koleżanką.
Z Grecji przywiozłam pamiątki…. z kotami. Naklejki, kubek, notes, długopis itd. Nie chciałam udawać, ze nic sie nie stało. M ma do dziś zdjęcia kota w pokoju, które jej wydrukowałam, Często o niej rozmawialiśmy i powiedziałam, ze zawsze będzie w naszej pamięci. Wiele osób mówiło, aby kupić drugiego kota, ale ja uznałam, ze to zły pomysł, bo nie da się go tak po prostu zastąpić.
Cieszy mnie, że również ta sytuacja nie wpłynęła na nią negatywnie w żaden poważny sposób. Do dziś wspominamy kota i nie mamy „zamiennika”, ale czuję że nadchodzi czas, aby poszukać jakiegoś kociaka 🙂

Nie wiem czy komuś ten wpis pomoże, ale ja uważam, ze trudne sytuacje wymagają rozmowy, wsparcia, uznania smutku, przejścia przez „żałobę”, a nie zastępowanie „straty” zamienikiem.

Na zdjęciu młoda kicia z naszym psem. Myślę, że brak lęku przed psami okazał się dla niej śmiertelnym zagrożeniem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *